Mama w pracy. Odcinek 2
To się chyba nazywa "wpis na czasie". Skoro Dzień Mamy stanął obok, Basta o tych mamach właśnie.
To się chyba nazywa "wpis na czasie". Skoro Dzień Mamy stanął obok, Basta o tych mamach właśnie.
Ten tekst nie jest o polityce. Mimo że mój pierwszy magister, to właśnie politologia. Będzie o dorosłym sprawach, w dorosłym świecie.
Dzisiejszy wpis nie będzie mądraliński. Będzie bardzo prosty. Proste myśli są najtrudniejsze i często najbardziej wartościowe.
Kobiety (jako rodzaj) mają wiele zalet. Są ambitne, pracowite, dobrze znoszą ból (patrz liczba porodów bez znieczulenia). Często jednak przeszkody, które stoją na ich zawodowej drodze, to... pierdoły.
Dziś z cyklu: narzędzie pomocne w codziennym życiu.
Tytuł trochę na zaczepkę. Pytanie jednak absolutnie zasadne.
Na początek chwila dla tych wszystkich, których tata, mąż, brat, syn lub inna, bliska osoba nazywa się Waldek. Pamiętajcie – Waldek w tym tekście to nie imię, to stan umysłu. Figura językowa taka.
W ubiegłym tygodniu wyjątkowo odczuwałam problemy męczybułstwa (etym. męczyć bułę). To chyba na złość. Jakby się wszyscy umówili i nagle chcieli godzinami prawić o treściach, które przecież można w trzech słowach.
Na koniec Q1, kilka słów na temat leadership'u.
Balans zawsze jest potrzebny. We wszystkim. W środowisku pracy jest na wagę złota.
Nowa moda. W świecie nie tak bardzo. U nas - wciąż odkrycie Ameryki. Mentoring.