Sztuka mówienia (nie)wiele
Zdjęcie: fot. Ryan McGuire
8 kwietnia 2015 Praca 16 komentarzy

Sztuka mówienia (nie)wiele

W ubiegłym tygodniu wyjątkowo odczuwałam problemy męczybułstwa (etym. męczyć bułę). To chyba na złość. Jakby się wszyscy umówili i nagle chcieli godzinami prawić o treściach, które przecież można w trzech słowach.

Mówi się, że aby się „wybić”, trzeba dać się zauważyć. Coś w tym jest. Forma tego wybicia jest jednak, u nas w kraju dość osobliwa.

Mówię po to, żeby coś powiedzieć

Tę formę komunikacji poznasz od razu. Człowiek, będąc na spotkaniu, zabiera głos, wyrzuca z siebie sekwencję słów, a potem milknie. Reszta najczęściej ignoruje ten wątek, od razu zmieniając temat. Człowiek nie protestuje, przyzwyczaił się. Czeka na kolejną okazję, kiedy będzie mógł przyatakować. Coś w stylu „jestem, więc mówię”. Cel: zaznaczenie swoje obecności. Wartość: minus sto. Efekt: bieda na maxa, akcje nadawcy spadają.

Mówię, bo inni mówią

To jest metoda, która irytuje mnie do czerwoności. Miałam kiedyś takiego przełożonego. Osoba raczej słabo orientowała się w materii, którą się zajmowaliśmy, więc przy ważnych spotkaniach, często powtarzała po mnie ostatnie zdanie lub dwa. Takie niby-echo. Ja coś mówię, człowiek parafrazuje, rezolutnie potrząsając przy tym głową. Jakby chcąc przesypać myśli z jednej części mózgu na drugą. Damn, to są złe wspomnienia. Dobrze, że w dorosłym życiu takich coraz mniej.

Do zajechania

Są tacy, którzy mówią dużo. Bardzo dużo. Rozmówca często tonie w potoku słów wypuszczanych przez nadawcę. Pointa jest jednak wartościowa. Rozmowa kończy się wnioskiem. Wszystkie strony wiedzą, o czym było i co z tego. Finał jest zatem wart świeczki, czasami jednak droga dotarcia na metę jest zbyt kosztowna. Niektórzy odpadają w trakcie gry. Doświadczenie pracy z takim człowiekiem może być nie do zniesienia. Szkoda, bo osoba często mądrą jest.

Esencja znaczenia

Czasami spotykam ludzi, którzy rozkładają mnie na łopatki. Jak już zabierają głos, to sala milknie (a ja – w ciszy – spadam z krzesła). Każde słowo ma znaczenie. Nie pada ani jedna zbędna fraza. Siedzę i chłonę. Doświadczenie rozmów z takimi osobami jest najwartościowsze. Nie dość, że treść niezwykła, to i forma najlepsza z najlepszych. Tylko się uczyć. #Lubięto.

Jeśli miałabym wskazać jedną, złotą zasadę komunikacji w miejscu pracy, byłoby to nic innego, jak… mów wtedy, gdy masz do powiedzenia coś, co jest wartościowe dla odbiorcy. Twoje odczucia/potrzeby wydobycia z siebie strumieni słów są w tej konfiguracji zupełnie wtórne. Jeśli masz coś, czego potrzebuje odbiorca, dawaj. Jeśli nie, poczekaj, aż ta chwila nastanie. A potem popracuj nad formą. Treść jest ważna, ale bez odpowiedniej formy, czasami po prostu nie da się przez nią przebrnąć.

To jest dobra rada zarówno w biznesie, jak i w życiu prywatnym. Często widzę, jak ludzie zamęczają swoich rozmówców własną potrzebą „wyrzucenia z siebie”. I jasne – czasami trzeba. Od tego ma się (też) przyjaciół. Ale jeśli incydent zmienia się w komunikacyjną rutynę, ja się wypisuję z takiej relacji. Nikt z nas nie jest przecież studnią bez dna, do której zawsze można wrzucić kolejne wiadro nieuporządkowanych myśli.

Miej dziś dobry dzień Basta-Czytelniku! Pełen rozmów o ciekawej treści lub sprytnej formie. Szczęśliwcy doświadczą tandemu. Szczęśliwcem ten, kto w tej sekundzie zacieszy do monitora. 3,2,1, START…

16 komentarzy
Poprzedni Zabawa w "znajdź pięć różnic". Rzecz o leadership'ie Następny Dzień dobry, jestem Waldek. Waldek, co szuka pracy

Zrezygnuj

No właśnie.
A można było w trzech słowach…

paulinabasta.com

Haha, czekałam na ten komentarz. Nie chodzi o zwięzłość ponad wszystko, a o to, by każde słowo/zdanie miało sens.

„by każde słowo/zdanie miało sens”

I tu właśnie mam wątpliwości.
Niemniej miło było zajrzeć i wymienić kilka zdań.

paulinabasta.com

Cieszę się, że było miło:-)

A ja z tych niemówiących. Ja z tych piszących. Jak dobrze, że są długopisy i kartki! I blogi! Niech żyją nam! 😉 PS – świetny wpis. Pozdrawiam!

paulinabasta.com

Dzięki Aga, Ciebie również pozdrawiam. Długopisy i kartki dla mnie też są ważną częścią krajobrazu:-)

Paulina Salamaga

Brakuje mi tu jeszcze jednego przypadku, z którym ostatnio mam do czynienia i doprowadza mnie do szału: Mówię żeby udawać że robię i próbuję zagadać swoje nieróbstwo. A nuż w potoku słów wypchnę z siebie coś co podchwyci rozmówca i odwróci swoją uwagę od meritum….. To coś jakby bieganie po budowie z pustymi taczkami 🙂 Prawdziwa masakra!!

Absolutna rewelacja, nie tylko sklonilo mnie to do refleksji, ale tez niezle sie posmialam 🙂 Mysle, ze w rekrutacji czy w HR sztuka odpowiedniej komunikacji jest na wage zlota… Zaczynam nad tym pracowac od dzis 🙂

paulinabasta.com

Z tego co widzę, tę działkę masz już, Kasiu całkiem nieźle ogarniętą 🙂

Lepiej mało, a konkrety! Tylko tyle i aż tyle 😉
Udanego dnia!

Zdanie „…jakby chcąc przesypać myśli z jednej części mózgu na drugą” – wpisuję do księgi złotych myśli! Umarłam ze śmiechu 😀 Czasami chciałoby się w miejsce „myśli” wstawić „szare komórki” 😛

paulinabasta.com

Dziś to śmieszne, ale jak wizualizuję tego człowieka w akcji – wciąż mam lekkie ciarki;-)

Karolina P.

A co z warsztatową częścią pracy zespołowej? gdyby wszyscy mówili jedynie mądre rzeczy i tylko w określony, powściągliwy sposób – dziś nie korzystalibyśmy z „burz mózgów” czy konstruktywnych konfrontacji w poszukiwaniu rozwiązań…

Co do zasady – to posiadam cechy wszystkich rodzajów mówców, z wyjątkiem ostatniego :):):):)
ale myślę, że przychodzi taki moment w życiu, kiedy to inni wymagają od nas większej wstrzemięźliwości w słowach, a my chcemy sprostać ich wymaganiom – to duży krok w rozwoju osobistym!

Paulina, trafiłaś w sedno – mam takie same spostrzeżenia. Niestety, w naszej kulturze precyzyjne i konkretne komunikowanie się jest często odbierane jako niechęć do uczestniczenia w towarzyskiej, rytualnej paplaninie, a co za tym idzie powściągliwość, dystansowanie się i (to już najcięższy zarzut) „zadzieranie nosa”. „A co ona taka milcząca”, „Czy na pewno jest kompetentna” (w domyśle, skoro nie zalewa rozmówcy potokiem słów) – zdarza mi się wyłowić kątem ucha, gdy odchodzę po skończonej rozmowie.

W tych problemach komunikacyjnych jest jeszcze jedna, głębsza kwestia – brak szacunku do czasu. Nieefektywna paplanina to strata czasu (i energii). Jeśli ktoś nie szanuje mojego czasu, to ja taką dyskusję ucinam i zmierzam do konkluzji. Wtedy również widzę zdziwione i obrażone spojrzenia, że nie chcę do końca wysłać wywodów luźno lub wcale niezwiązanych z tematem.

Generalnie uważam, że warto rozmawiać wtedy, gdy płyną z tego konkluzje 🙂

Piotr Trzcionka

„Błogosławieni Cię co nie mając wiele do powiedzenie nie oblekają tego w słowa”