To przecież na pewno nie jest o Tobie
Zdjęcie: fot. Ryan McGuire
25 listopada 2015 Praca 15 komentarzy

To przecież na pewno nie jest o Tobie

Wybieraj właściwie i nigdy nie sprzedawaj swojego odpoczynku. Tam przecież dzieją się sny. Sny o dobrym życiu…

A. jest ambitna.

Już w liceum wszyscy wiedzieli, że będą z niej ludzie. Przez studia przebrnęła bez kłopotu, a resztę historii dopisała już korpo.

Pracuje w tym świecie już siódmy rok. To podobno jakaś magiczna granica. A. nigdy nie wierzyła w takie brednie. Jej siódemka była szczęśliwa. Przez ostatnie lata, kilkukrotnie zmieniała stanowiska. Lubiła te zmiany, bo były wymagające. Czuła, że się rozwija. Pierwsza rola managerska dała jej w kość. Na początku nie ogarniała tych wszystkich ludzi. Bo jak tu ogarnąć klienta, biznesy i jeszcze stado pracowników, co w konstrukcie swym… ludźmi. A ludzi, wiecznie przecież coś boli.  A to śnieg zasypał drogę i do pracy nie dojadą, a to kac zmęczył, a lekarstwem urlop na żądanie, a to kot-zjadł-mi-zeszyt-psze-pani. Potem już okrzepła. Szło jej coraz lepiej.

Aż przyszedł rok siódmy.

W siódmym dostała awans życia. Nawet nie musiała się o niego starać. Sam do niej przyszedł. Ktoś znał kogoś, kto znał ją i zarekomendował. W Kalifornii długo nie myśleli. Kilka rozmów – nie żeby długich, siermiężnych. Po 15 minut z każdą z mądrych głów i dup. Jest decyzja. A. dostała na własność cały region. Kilka krajów, kilkanaście zespołów, a pracowników… kto by to zliczył. Pewnie okolice pięćsetki.

Tego wieczora spiła się bąbelkami. Wydała na nie ze trzy tysiące. W końcu zasłużyła. Czuła się fantastycznie. Ten stan utrzymywał się jeszcze kilka tygodni.

A potem przyszły trudne czasy.

Ciśnienie zaczęło lać się wiadrami. A. jako że ambitna, próbowała utrzymać tempo. Najpierw zaczęła spędzać w pracy więcej czasu. Naturalnym stało się dla niej, że dzień rozpoczyna w okolicach 7-mej (wtedy jeszcze biuro śpi i można odkopać trochę maili), a kończy trochę po 18-tej. No, czasami 19-tej. Dwudziesta też się zdarzała, ale po co o tym gadać. Potem dom, kolacja i laptop znowu wskakiwał na kolano. Ale co na sofie, to przecież nie praca.

Po paru miesiącach przepracowanych w takim trybie najbardziej zaczął doskwierać jej brak sportu. Sport to zdrowie, mówią. A. chciała pozostać zdrową. Zaczęła więc ćwiczyć. Na basen jeździła na 5-tą. Pierwsze dwa razy były do zrobienia, potem już, co rano mocno zaciskała zęby. Spać chciało się jak szlag, ale nie odpuszczała. Tak to już jest, jak ma się naturę prymusa.

Zaczęła źle sypiać. To dziwne, bo przecież zmęczona była. Pracowała jak osioł, wstawała bardzo wcześnie – powinna była więc, co wieczór padać jak tropikalny deszcz. Nie padała. Zamiast tego, zasypiała na chwilę, po czym budziła się od razu, myśląc o pracy. Myślała o kolejnych sprawach do załatwienia, w głowie przewijała szczątki rozmów, które przetoczyły się przez dzień. Planowała, porządkowała, przygotowywała się na kolejne korpo-bitwy. Była w tym dobra.

Szef ją doceniał. Schlebiało jej to bardzo. Rodzina też była z niej dumna. Kiedyś słyszała, jak mama chwaliła się sąsiadce. Że A. dyrektorem. Że auto służbowe dostała. Prymus uwielbia być chwalonym. To sprawia, że dowozi jeszcze więcej, jeszcze szybciej, z jeszcze większym szczękościskiem.

A. czuła, że coś jest nie tak, że zmęczenie zaczyna przekraczać naturalne granice. Wciąż jednak racjonalizowała. Mówiła, że to tylko teraz tak musi cisnąć. Bo ten projekt trzeba wyprowadzić. Potem na pewno będzie lepiej. Nie chce przecież pracować w takim trybie na stałe.

Lepiej nie było. Nigdy. Wręcz przeciwnie. Im więcej dawała, tym większe były oczekiwania. Szef, dzwoniąc w niedzielę, już nawet nie przepraszał. Przegadali przecież ostatnich osiem weekendów.

Cholernie brakowało jej czasu. Zaczęła więc ciąć. Ucięła basen. Trudno, taki wybór. O piątej to nawet ptaki jeszcze śpią. Słychać tylko dźwięk klawiatury i jak nachrzania ekspres do kawy.

To była chwila. Najpierw spadła jej odporność. Ciągle chodziła przeziębiona, raz na jakiś czas rozkładając się na łopatki. Problemów ze snem nawet już nie zauważała. Stały się naturalną częścią jej krajobrazu.

Gdy zaczęło się kołatanie serca i pierwsza wysypka skórna – mówiła, że to orzechowa alergia.

Pierwszego ataku paniki już nie mogła zlekceważyć…


Pauza.


Na pewno myślisz sobie, że ta historia Ciebie nie dotyczy. Ty przecież wiesz jak żyć i pracować właściwie. Że znasz swoje granice i nic Ci nie grozi. Zresztą, twoje stanowisko przecież tak wiele od Ciebie nie wymaga.

A. też tak myślała.

Uważaj na siebie!

I pamiętaj, że nie każdy awans jest dla Ciebie nagrodą.

Wybieraj właściwie i nigdy nie sprzedawaj swojego odpoczynku. Tam przecież dzieją się sny. Sny o dobrym życiu…

15 komentarzy
Poprzedni Obudź się człowieku pierwszego świata Następny Rzecz o lojalności

Zrezygnuj

A. to ja. Jakieś 18 miesięcy temu. No może kariera aż TAKA świetlana nie była. Reszta się zgadza. dopisalbym o pigulach na sen i idiotycznym zdziwieniu u gastrologa „ooo, serio, mam wrzody?”. Bo to się oczywiście nie zdarza na serio, w życiu. Wyłącznie w filmach, poradnikach i na blogach…

paulinabasta.com

A jak to jest, Igor, odpuścić? Napiszesz kiedyś o tym więcej?

https://lepszawersjasiebie.pl/2015/03/korporacja-hartuje/
https://lepszawersjasiebie.pl/2015/10/rok-z-zycia-bezrobotnego/

🙂

Pierwszy – jak to było, a drugi – jak to jest odpuscic. 🙂

paulinabasta.com

Gracie!

A. to ja. Inicjał się zgadza, schemat „kariery” aż za bardzo. Opamiętałam się ostatnio, a w zasadzie kilka miesięcy temu po palpitacjach serca właśnie.
Dla jasności – lubię swoją pracę i pracodawcę, mam fantastyczny zespół, choć stresu też sporo. Dlatego myślę, że nie da się tego ocenić w kategorii czarne-białe, to zawsze są jakieś odcienie szarości wg mnie.
W każdym razie staram się znaleźć lepszy balans, uczę się odpuszczać co dla „prymusa’ jest cholernie trudne.
I tu właśnie pojawia się kolejne wyzwanie – szansa na awans – ten bardziej korpo-międzynarodowy. Wiem, że jest duże prawdopodobieństwo, że jak pójdę tą ścieżką to znów będę się spalać, a z drugiej strony jeśli zrezygnuje to będę mieć poczucie niewykorzystanej szansy, nie wiem czy pojawi się inna bardziej odpowiednia i będę zastanawiać się co by było gdyby….Jak podjąć taką decyzję?

Tekst zagrał na moich strunach… Odpuszczanie, odpoczynek, dystans i akceptacja.
Zgadzam się z Tobą A. to nie jest czarno – białe na Szczęście ! Zawsze są odcienie szarości, myślę, że „szarość” najtrudniej nam zaakceptować ! Niby wiemy, że jest, ale kto lubi być szary ? przecież to takie passe …. Albo mnie kochają, albo nienawidzą albo zrobię karierę korpo-międzynarodową, albo będę mieć poczucie, że nie zrobiłam kariery wcale. A to co teraz robisz ?, co masz? to nie kariera ? To się nie liczy ? To co teraz, robisz jest już fantastyczne. Z mojej perspektywy. Moim zdaniem wciąż trudno pochwalić się, za to, co do tej pory ? Docenić i zobaczyć jak wiele już dzisiaj robię i zrobiłam, ile dźwigam ? Dziś nie wiem, jaką decyzję podjąć 🙂 dziś po prostu nie wiem 🙂 ! a może jutro zdarzy się coś, co rozwieje wszystkie nasze wątpliwości !

Dziękuję Karina za tę perspektywę, bardzo pomocna 🙂

paulinabasta.com

Jak ją podjąć, to pewnie wiesz tylko Ty sama. Jeśli pytasz o moją opinię, to jedyne, o czym sama staram się ostatnio pamiętać, to znajomość własnych granic. Bo przecież każdy jakieś ma.
No, a potem chyba musi wjechać jakaś elementarna uczciwość z samym sobą. Bo przecież nie ma co zasłaniać oczu i udawać, że jeśli wchodzimy w rolę na trzech strefach czasowych, to uda nam się nie pracować w nocy.
Rzadko awans wewnątrz firmy nas zaskakuje. Zazwyczaj dobrze wiemy w co brniemy, tylko w imię ambicji/tytułu/lepszej kasy decydujemy się w to wejść.
Jestem ostatnią osobą, która powie Ci – nie idź! Wręcz przeciwnie, sama często pokonuję jakieś własne granice i wiem, że taka praktyka jest mocno rozwojowa. Pod jednym warunkiem: że nie przeginamy i nie ignorujemy sygnałów, które wysyła nam ciało. Jeśli rachunek nowej roli wychodzi Ci na plus, cała na przód. Jeśli jednak już dziś wiesz, że zmiana zażąda od Ciebie zbyt wiele, może naprawdę warto przemyśleć opcje…
Sama lubię myśleć, że pracuję po to żeby żyć. Zależy o czym lubisz myśleć Ty.

Dzięki. Tak, myślę, że sprowadza się to też do mocnej, szczerej samoświadomości i podjęcia decyzji na faktach a nie wyobrażeniach. A co do „Pracuję po to żeby żyć” – może jeszcze nie całkiem tak jest ale zmierzam w tym kierunku.

Ja też jestem A. Mam nadzieję, że to było tak namacalne, że zdałam sobie z tego sprawę dość wcześnie. Dziękuje Paulina za wsparcie. Jak to ogarnąć? Chyba zastanowić się co jest w życiu ważne. Może jeszcze nie wiem co ważne jest, ale wiem co nie jest – moja korpo….

Isaura Felcenloben

Tak daleko od awansu a tak blisko do pracoholizmu… Dzieki za wpis. Jak zawsze na czas. Zeby pomyslec, przemyslec i… Wdrozyc w zycie.

Przestałam koleżance ten tekst. Dzięki że otwierasz ludziom oczy.

To historia podobna trochę do mojej sprzed 2.5 lat… Może nie miałam żadnych palpitacji serca, ale podejrzewam, że było blisko. Godziny pracy w ciągu tygodnia 8-20, plus godzinny dojazd w jedną stronę, czyli jakieś 14 godzin na pełnych obrotach. Kontraktowa godzina na przerwę lunchową zamieniała się w 10 minut pośpiesznego wcinania zimnej kanapki przy biurku, odpisując na maile. Oprócz tego trochę papierkowej roboty w domu w niedziele, a w soboty… dorywcza praca jako kelnerka! Moim ‘problemem’ było to, że ja to tempo uwielbiałam! Wielka odpowiedzialność i stres (w grę co miesiąc wchodziło ok.1.5mln złotych) nakręcały mnie niezmiernie. Każdy skończony projekt dawał mi mnóstwo satysfakcji i takiego kompa motywacyjnego na następne, że trudno było się zatrzymać. Szefowie mnie doceniali, dostawałam co raz to poważniejsze zadania i tak się kręciło. Aż tu nagle… na teście ciążowym pojawiły się dwie kreski! Pomimo, że pracowałam do końca 8-ego miesiąca (ja nawet ciągnęłam ten etat kelnerki, a jakże!) to już wtedy totalnie zmieniły mi się priorytety. Wreszcie nauczyłam się ‘delegować’ robotę, a wyjście z pracy o 18stej było moją małą świętością. Odkąd wróciłam z macierzyńskiego minęło 9 mscy i mam do swojej kariery zupełnie inne podejście. Specjalnie dla mnie utworzona nową pozycję, i na szczęście nie muszę już robić nadgodzin, a obowiązki są zupełnie innej natury. Absolutnie nie wyobrażam sobie, że miałabym nie pracować, ale wiem, że w dużej mierze jest to również zasługa moich kolegów … o takim zespole marzyłam zawsze!!! Śmieję się czasem, że zaszłam w ciąże w odpowiednim momencie, inaczej groziłoby mi wypalenie zawodowe. I wiesz co jest w tym wszystkim najciekawsze? Że ja niczego absolutnie nie żałuję! Ani tych godzin zaharowywania się do granic możliwości, ani tego, że teraz za tym zupełnie nie tęsknię!

paulinabasta.com

Bo jeśli człowiekowi pasuje układ, w którym siedzi (czy kiedyś, czy dziś), to ja tylko wyciągam palec w górę. Niech się nam dzieje dobrostan. Wszystkim. Za twoim przykładem:-).

Świetnie napisane, dopiero co przeżyłam coś podobnego, mimo że jeszcze nawet nie zaczęłam pracować. Ale życie to nie tylko kariera, mnie wyczerpały marzenia, plany, pasje. Chciałam wszystko zrealizować, rozwijać się, byłam zbyt ambitna. A że jestem dobra w tym, co robię, oprócz własnych rzeczy, realizowałam milion projektów dla innych. Aż w końcu przyszedł kryzys – jedna choroba, druga, rezygnacja ze stażu, kolejne miesiące wyrwane z życia. Ale w sumie to cieszę się, że tak się stało. Dużo można się nauczyć dzięki takiej sytuacji – mówienia nie, zwolnienia w życiu, stawiania odpowiednich priorytetów i lepszej organizacji czasu. Teraz dalej się rozwijam, ale powoli. I już nie wpadam w panikę, jak w ciągu jednego dnia nie zdążę wyremontować pokoju, napisać kodu do strony, obrobić 1000 zdjęć a do tego jeszcze pomalować paznokci i upiec babeczek 😉